Propaganda klęski

15 maja 2012, 19:15

Dzisiejszy Dziennik.pl pisze w materiale zatytułowanym „Minister Nowak ratuje się od klęski”:

Koszmar szefa resortu transportu stał się jawą. Budowa strategicznej autostrady okazała się porażką. Teraz minister Nowak ma ofertę dla polskich kierowców.. 20-kilometrowy odcinek C autostrady A2 nie będzie gotowy na Euro 2012, dlatego GDDKiA przygotowała dla kierowców alternatywne propozycje ewentualnych objazdów. [1]

Jest to typowy w ostatnich czasach przykład propagandy klęski, uprawianej z upodobaniem przez wielu polskich dziennikarzy – i tych „niezależnych” i tych „mainstreamowych”. Inny przykład to tekst Pawła Lisickiego z „Uważam Rze”:

Oto dane, żeby nie było, że dziury w całym szukam: Przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej  miano zbudować 2100 km dróg ekspresowych i 900 km autostrad, teraz słyszę, że tych pierwszych ma być może około 600 km, tych drugich około 230. Tej rządowej niemożności towarzyszy gigantyczna propaganda sukcesu. Oraz, kiedy wpadek ukryć się już nie daje, powszechne wśród ministrów udawanie Greka (z przeproszeniem Greków).  Pierwsze miejsce przypada w tej dyscyplinie bezapelacyjnie, mniemam, rzecznikowi Pawłowi Grasiowi. Jego słowa o drogach, że „będą przejezdne, jeśli nie na Euro, to po Euro”, śmiało będą mogły przejść do annałów głupoty w Polsce. [2]

W kontekście budowy dróg dziennikarze prześcigają się w używaniu słów typu „klęska”, „porażka”, „nieudolność”, „propaganda sukcesu”. Tymczasem fakty mówią coś zupełnie innego. A są one takie:

1. Kiedy powstał rząd Tuska, w Polsce było 1100 km gotowych dróg ekspresowych i autostrad, oraz 400 km w budowie
2. Obecnie mamy 1900 km gotowych dróg ekspresowych i autostrad oraz dalsze 1400 km w budowie

Oznacza to, że za rządów Tuska łączna długość dróg ekspresowych i autostrad w Polsce się podwoi. Innymi słowy, Tusk wybuduje więcej dróg niż wszystkie poprzednie rządy razem wzięte. Większość z nich zostanie oddana do użytku w tym roku, reszta w następnym. Oznacza to, że w roku 2014 narodowy plan budowy dróg (ok. 7000 km dróg ekspresowych i autostrad) zostanie wykonany niemal w połowie.

Tymczasem fakt nieukończenia przed Euro 20 km odcinka autostrady A2 nazywany jest porażką albo wręcz klęską. Wykonawca tego odcinka, chińska firma COVEC nie podołała temu zadaniu. Następny wykonawca również popadł w kłopoty finansowe. Faktem jest, że są też zaległości na pozostałych autostradach. Ale to nie rząd buduje autostrady, lecz wykonawcy. Rząd zrobił co do niego należało: zmienił prawo, rozpisał przetargi, wyłonił wykonawców. Reszta zależała od nich i… pogody. Wiadomo na przykład, że powódź w 2010 roku pokrzyżowała plany budowy autostrady A4. Krótki termin realizacji, wymuszony przez EURO 2012  spowodował, że faktycznie niektóre odcinki nie zostały wykonane w terminie. Ale mówienie tu o klęsce rządu jest kompletnym niezrozumieniem sprawy. Nigdy w historii Polski drogi nie były budowane w takim tempie.

Mówi się o Polakach, że jesteśmy malkontentami. Nie, to nie dotyczy wszystkich Polaków. Ci którzy jeżdżą po Polsce widzą jak wiele dróg się buduje. Malkontentami są dziennikarze i politycy, którzy z narzekania uczynili sposób na życie.

 | Napisał: | Kategoria: polityka |

Bohaterowie są zmęczeni

14 maja 2012, 09:50

Stefan Niesiołowski – urodzony w roku 1944 w Warszawie. Profersor nauk biologicznych, wykładowca Uniwersytetu Łódzkiego, poseł na Sejm. Były działacz opozycji komunistycznej. W latach 1964–1970 był współzałożycielem i działaczem konspiracyjnej organizacji „Ruch”. W 1970 był pomysłodawcą akcji podpalenia Muzeum Lenina w Poroninie.  Aresztowany 23 października 1971 roku,  skazany na karę 7 lat pozbawienia wolności.  Zwolniony na mocy amnestii w 1974 r. Od 1980 należał do „Solidarności”.  Internowany w grudni 1981 roku, zwolniony po roku.

Antoni Macierewicz – urodzony w roku 1948  w Warszawie. Historyk, wykładowca akademicki, poseł na Sejm. Był uczestnikiem ruchu studenckiego w latach 1966–1968 i strajków studenckich w marcu 1968, po których został aresztowany.  Współzałożyciel KOR-u. Aresztowany ponownie w latach 1977 i 1979.  Działacz „Solidarności”, członek komitetu strajkowego w Stoczni Gdańskiej w 1981. Internowany, zbiegł z więzienia w 1982. Ukrywał się do 1984. W 1987 utworzył stowarzyszenie „Wolność i Sprawiedliwość”.

Walczący niegdyś o wspólną sprawę, dziś po dwóch stronach narodowej barykady. Dla Niesiołowskiego Macierewicz to wariat. Dla Macierewicza Niesiołowski to zdrajca. Stanowią oni punkty odniesienia dla dwóch nienawidzących się obozów. Wyrażają myśli i uczucia większości członków dwóch plemion, walczących o niepodzielną władzę nad wspólnym terytorium koczowania. Stoją na dwóch biegunach. Poglądy wszystkich pozostałych są gdzieś pomiędzy nimi. Za nimi jest już tylko ściana.

Walka była treścią ich życia. Dziś wypowiedzi ich stają się coraz bardziej agresywne, coraz bardziej puszczają im nerwy. Ich nerwowość udziela się innym. Dwa słowiańskie plemiona, jak Tutsi i Hutu, ostrzą swe dzidy, nurzają groty strzał w truciźnie. Nakręca się nienawiść, która tylko o krok wyprzedza wojnę.  Czy naprawdę warto było siedzieć po PRL-owskich więzieniach za TAKĄ Polskę?

Bohaterowie są zmęczeni. Zrobili w swym życiu wiele dobrego i zasłużyli na emeryturę. Tak jak kiedyś działali dla dobra Polski, tak dzisiaj dla dobra Polski powinni się wycofać.

 | Napisał: | Kategoria: polityka |

Znowu mnie zatkało, choć nie powinno. Okazało się, że człowiek łatwo przyzwyczaja się tylko do smrodu. A głupota, im barwniejsza i z większym przytupem, tym bardziej niespodziewana…
 
Słucham ja sobie oto dziś rano w Trójce wywiadu z posłem Hofmanem. Jak zwykle słodkie pierdu pierdu o odpowiedzialności za państwo, o tym jakim to mężem stanu był LK i jak to PiS pod światłym przewodnictwem Jarosława Wielkiego dba o rację stanu. Pogadanki o Euro, połajanki za Tymoszenko, gadu, gadu… i jak nie przywalił oto nasz poseł patriota z działa piramidalnej głupoty, to aż myślałem, że się przesłyszałem.
 
Ale gdzie tam!
 
Na pytanie dziennikarki, co sądzi o tym, że ZZ „Solidarność” ma zamiar blokować Sejm Rzeczypospolitej i nie wypuścić posłów na zewnątrz w razie niepomyślnego dla siebie głosowania nad reformą emerytalną cóż odrzekł nasz Prawdziwy Polak i Patriota? Otóż ni mniej, ni więcej, tylko stwierdził, że posłów z niektórych partii głosujących za reformą przydało by się nawet przytrzymać wbrew ich woli dłużej.
 
Nie mogę wyjść ze zdumienia. Zaiste, są rzeczy, które się filozofom nie śniły – gościu bez wysiłku, w locie, łagodnie i bez chrypki jednym zdaniem wprawia mnie w osłupienie.
 
Nie obchodzi mnie, czy poseł Hofman zawsze najpierw bredzi, a potem myśli, czy robi to tylko w kwestiach wagi państwowej, czy może zgoła nie myśli wcale. Jednakowoż trudno tu mówić o freudowskiej pomyłce. Ludzie związani z PiSem, na co dzień wycierając sobie to i owo patriotyzmem i prawem, wciąż manifestują pogardę dla swego kraju, porządku prawnego, demokracji, a w końcu także zwykłych ludzkich uczuć i odruchów.
 
Oto macie pislam w całej okazałości: pokrzyczeć sobie ładnie o Targowicach, wietrzyć spiski, obrzucać podejrzeniami o narodową zdradę, nawoływać do znajomości historii, pouczać o potrzebie „prawa” i „sprawiedliwości”. A jak przyjdzie co do czego – mieć głęboko w dupie instytucje demokratycznego państwa, nietykalność posłów, immunitet i pochwalać anarchię i bezhołowie.
 
Ot, miłośnicy historii, co, jak zwykle, nie mają o niej pojęcia! Późno się troszkę urodził nam poseł Hofman ze swoim łaskawym spojrzeniem na rokosze, zaiste. Ten by się carycy Katarzynie przydał, ale może, razem z resztą towarzystwa, w końcu i Putinowi coś dobrego zrobi.
 
Nie ma szans, żebyśmy przestali zatruwać się pislamską głupotą. Albowiem jest tak barwna i nieprzewidywalna, że ani media, ani niżej podpisany, nie mogą wyrwać się spod jej zwodniczego uroku. Mam wrażenie, że na to powinno się sprzedawać bilety. W sumie to wstyd tak chcieć z ciekawości obejrzeć kobietę z brodą albo niemowlę o dwóch głowach, ale jak nikt nie patrzy, to ciągnie, żeby takiego Hofmana czy innego Błaszczaka słuchać i słuchać…
 

 | Napisał: | Kategoria: polityka |

Poemat dla niedorosłych

29 kwietnia 2012, 15:48

 

Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi dedykuję

 
 

Poemat dla niedorosłych

 
Co wykształceńsi gardzą pospólstwem, znają wartość mitologii;
W tych pięknych, czarnych literach: Antygona, Ajschylos, TRAGEDIA;
Nie mieści się swąd palonego ciała, ból odmrożeń, skrwawione barłogi.
Cóż to bowiem z upływem czasu znaczy, ta pusta ludzka komedia?
 
Piękny topos zaiste: historia jakąś tam nauką, esteci stale jej głodni;
Ale wyłącznie tacy, którzy nie drwią z pochodni.
Pochodnie nie zawsze są takie same: nasze są lepsze w sposób oczywisty;
Ich płomień jest świętszy – ich płomień jest zawsze czysty.
***
Wystawić wszystkim pochodniom wspólną miarę;
To jak jadać nożem rybę, jak dawać płytkiej prozie wiarę.
Jeśli ma załkać historia, szlochać Olimp cały
To przecie po Idei, Poecie – nie po ludziach małych.
A wszak kimże byłby Poeta, jak pustym łaknienie
Gdyby znów nie uwierzył, że to już Zbawienie?
Gdyby swych lęków, uraz, złości, nienawiści,
Nie hartował, doskonalił, nie sposobił, czyścił?
 
***
 
Kto nie zna dialektyki dziejów, idei nie zapisał wprawnym w słowie piórkiem;
Kto nie pracował w pocie czoła, za swym mahoniowym biurkiem,
By budować idee, krwawy ich łachman pieścić w noc i we dnie
Ten nie wzniesie się nad prostackie cierpienie plebsu, wahań nie odetnie
Nie zrozumie nieśmiertelnego prymatu idej nad doczesnym truchłem,
A już szczególnie truchłem prostactwa, na zew ich ogłuchłym…
 
Ale nie myślcie sobie płytko: ten się pewnie czuje.
Ryzykując piórem – wszystkim ryzykuje.
Narazi się, i owszem, gdy powinność wezwie
lecz teraz jest potrzebny, by wiara nie sczezła.
W czyichś niewczesnych obawach, w czyichś wątpliwościach
Ma się zagubić Sprawa, skąpana w wartościach?!
Wszak jest nieśmiertelna, tylko ona żyje!
Platon już to wiedział: rzeczywistość gnije.
To podłe odbicie, fałszywe cierpienie:
Jakże to ma być warte, skoro marnym cieniem?
Po cóż się rozpływać nad bólem utraty,
Skoro ból jest prostaka – co to są za straty?
Na cóż analizować cierpienia, słuchać tych lamentów,
Skoro są tak trywialne wśród czasu odmętów?
Jakże bierna jest ludzkość, niewdzięczna, w przyklęku!
Jakże płytkie jest to to w swym kurczliwym lęku…
Żadnej fantazji w tej mierzwie, szaleństwa, ambicji !
By chronić, co najcenniejsze – martwych słów tradycji.
By piękny schemat idei znów tworzył w amoku:
By nabrał sensu i życia wraz ze krwią w rynsztoku.
Nie rozumieją, plebejscy, potrzeby poświęceń,
Nie pojmą, niczym krowa, że im bólu więcej,
Tym bardziej misję bożą wypełnią, uwznioślać to musi -
I tak martwi po urodzeniu – na poezję głusi.
Nie znają wartości mitu, nie uczy historia:
Ile może trwać ból po amputacji? A potem już gloria!
Ile trwa ból po zgwałconej córce? Po spalonym synu?
Zaprawdę: nie warto dać marności dla idej zaczynu?
Kto pomny cierpień matek, kikutów, wyłupionych oczu?
Kto całopalenia pamięta, groby jak miasta, gdzie się trupy tłoczą?
Kto, jeśli nie chce historia, zechce zapamiętać,
Że tam gdzieś potopiono te ludzkie szczenięta?
Kto pamięta środki niegodne, kiedy cel jest szczytny?
Ten, kto bluźni idei. Kto mało ambitny.
 
***
 
Przecie i tak zostanie pamięć prawdziwej HISTORII:
TRAGEDIA, wiersz nieśmiertelny, złote wersy glorii.
Bo owóż Poeta wie to; moc ma stwarzającą,
By jego idea przez wieki stała się wiodącą.
I na nic mu wiedzieć bzdury, że policzono jej dni.
Jak nieśmiertelna TRAGEDIA, tak jego idea chce krwi.
 
***
 
Kto chce pamiętać o gaciach rekruta, gdy ten dawno w grobie;
Zaprawdę, nie róbmy z historii podlotka, oszczędźmy znów sobie.
Piękna, soczysta pogarda rozkoszą zbyt wielu już bogów
Poeto! Chwytaj za pióro, kto wskaże ludowi wrogów?
Żyd, kapepowiec, lewak; pedał, liberał, złodziej –
Zaświadczy Pai Posłanka, Redaktor i Ksiądz Dobrodziej.
Niechaj nie ginie tradycja, Duch niech nie gaśnie przestary,
Niechże Prawdziwe Wartości znajdą znów tłumne ofiary.
Obłędny humor dziejowy, nigdy w dowcipie tym wyłom:
Ileż się zmienić musiało, by znów się nic nie zmieniło…
Jak kochać kazali czerwone, tak teraz każą brunatne.
Że też to gładko tak chodzi i w mózgach uwiędłych nie zatnie!
Żądaj wieszania ludu, bo starzec rokoszu łaknie.
W żadnym ustroju ni czasie wroga ci nie zabraknie.
I już się Poeta postara, by ludzie cokolwiek prości,
Wiedzieli, że wojny trzeba, jak zwykle, w imię miłości.
 
Gdy chcemy wojny, rokoszu – chcemy dla ożywienia:
Bo cóż jest warty ten naród, który się nie docenia?
Nic tak tradycji nie pasie, jako te ludzkie szczątki,
Dajmy więc wronom pokarm, a nowej historii wątki.
Dajmy znów satysfakcję naszej przedwiecznej idei.
Może na parę dekad jakoś się jeszcze ją sklei.
Dajmy też wreszcie ziemi, czego tak jej brakuje:
Już wieku połowę bez mała krwi w sobie niewinnej nie czuje…
***
Jak zaspokoić chucie starców, którym nie starcza podniet z patrzenia?
Jakże zaspokoić łaknienie, co żąda krwi i cierpienia?
Jaki etos zadowoli estetyczne chcenie?
Ile setek, tysięcy, na całopalenie?
 
Może kupieckim targiem – chociaż na połowę?
Ile dzieci, jak w Powstaniu, ma znów złożyć głowę?
Może poecie esteto, siejąc prac swych dary,
Pominiesz choć kobiety – kto zrodzi nowe ofiary?
 
***
I teraz uwaga, uwaga: chichot pokoleń zamarły…
Na cóż potrzeba ofiar, na cóż oplujem znów karły?
Jakaż to jest idea, co takich ofiar wymaga;
Po cóż nam wszystkim rokosz i patriotyczna odwaga?
Ano, moi kochani, jeśli jeszcze nie wiecie:
To dla Jarosława. I tego, co był na lawecie.
 

 | Napisał: | Kategoria: polityka |

Czy należy już się bać?

23 kwietnia 2012, 20:51

Coraz więcej komentatorów politycznych przyznaje, że jedyną logiką, jakiej można się dopatrywać za czynami i słowami Prezesa jest próba doprowadzenia w Polsce do przewrotu. Zakładając, że Prezes nie jest kompletnym kretynem, nie można inaczej interpretować jego posunięć. Doprowadził bowiem do całkowitej izolacji swojej partii na scenie politycznej, skutecznie uniemożliwiając sobie dojście do władzy drogą demokratyczną. Polityk postawiony w tej sytuacji albo odchodzi z polityki, albo próbuje wywołać rewolucję i dojść do władzy siłą. Do tego nie potrzeba szerokiego poparcia społecznego, trzeba jednak mieć rząd dusz gotowych na wszystko fanatyków. Wydaje się, że proces selekcji i formowania tej grupy fanatyków idzie pełną parą.
 
Do tej pory sądziłem, że są to jedynie mrzonki, jako że grupa prawych Polaków stawiająca się na Krakowskim Przedmieściu na każde wezwanie Prezesa staje się coraz mniej liczna. Kaczyński najwyraźniej uświadomił sobie ten fakt. Na rocznicę katastrofy smoleńskiej zdołał zwołać zaledwie kilka tysięcy osób. Tymczasem na demonstrację w „obronie” TV Trwam Rydzyk bez większego problemu zwołuje 20 tys moherowych beretów. To prawda, że w większości są to babki z kółek różańcowych, ale w TV tego nie widać. Widać potężny pochód ludzi wściekłych na rząd. Kaczyński może o czymś takim jedynie pomarzyć. Aby mu pozwolono podłączyć się politycznie do tego rydzykowego pochodu, musiał przełknąć gorzką pigułkę: wezwać Ziobrę do pojednania. Taki warunek stawia Rydzyk, który nie do końca wie, na kogo postawić w najbliższym czasie: na wschodzącą gwiazdkę Ziobry, czy na zachodzące słońce Kaczyńskiego. W każdym razie to Rydzyk rozdaje teraz karty na prawicy. Kaczyński, rad nierad,  przyznał się do błędu, bo wszak sam Ziobrę z PiSu wyrzucił. Przyznawanie się do błędu to ostatnia rzecz którą robi Prezes, i tylko wtedy, kiedy jest już przyparty do muru. Tak jest i tym razem.
 
Plany wzniecenia powstania, o ile rzeczywiście roją się w głowie Kaczyńskiego, nie mogą się powieść bez wsparcia Rydzyka i jego mediów. O tym Kaczyński doskonale wie. Ale to nie wystarczy. Potrzebny mu jest generał, który poprowadzi lud na barykady. Nie zrobi tego Rydzyk, on dostarczy jedynie mięsa armatniego. Nie zrobi tego sam Kaczyński, bo jest przecież zwykłym tchórzem. Potrzebuje kogoś, kto sam się zajmie przewrotem, i przyniesie mu władzę na tacy. A jak się nie powiedzie, to przecież Kaczyński nie miał z tym nic wspólnego.
 
Tym człowiekiem, upatrzonym przez Prezesa na stanowisko straceńczego generała jest oczywiście Antoni Macierewicz. Człowiek wystarczająco obłąkany, opętany nienawiścią, sfrustrowany, aby podjąć się tego zadania. Mający jednocześnie pewne rozeznanie w sprawach wojskowych. To jemu Prezes powierzy zaszczytną misję poprowadzenia powstańców na Belweder i na Kancelarię Premiera.
 
I myślę, że nie przypadkiem Kaczyński mówi o Tusku: „Będzie łgał, bo od tego zależy jego życie”. Jak wiadomo w Polsce nie ma kary śmierci, więc zapewne nie chodzi tu o wyrok sądu powszechnego, lecz o doraźny sąd polowy.
 

 | Napisał: | Kategoria: polityka |

Dlaczego nie będzie spokoju

22 kwietnia 2012, 23:08

Ludzie nie różnią się zbytnio. Wszędzie powielają się społeczne i socjologiczne schematy.
Kto to jest kozioł ofiarny w klasie – wiemy. Kto outsider – także. Grupki wzajemnej adoracji – no, któż tego z autopsji nie pamięta? Dziwak? Jak najbardziej. Prymus? Obowiązkowo.
Koleś od gnębienia ofiar? Dziwne, że brak u nas jednoznacznego określenia. „Dręczyciel”, to może zbyt dosadne. W kulturze anglosaskiej to, o ile się nie mylę, „bully”. Profil osobowy wysłużony – mało zwojów, dużo mięśni. Tyle deprecjonujących określeń (kark, abs, dres i co tam jeszcze), że aż narastają podejrzenia o kompleks porównania masy mięśniowej u tzw. „okularowej inteligencji”.
 
Ale, ale – czy pamiętacie tę nieciekawą postać, która kryła się w szerokopleczystym cieniu dręczyciela? Możecie nie pamiętać, bo nie wszędzie była. Outsider był niemal wszędzie. Ofiara była wszędzie i to nie „niemal”. A ten typ bywa tu lub tam, ale założę się, że większość z Was go w życiu spotkała…
Zbrojny w siłę bully’ego, któremu się jawnie podlizuje, chętnie inwestuje w konflikt, konfrontację, napaść. Sam ustawia się w pozycji kogoś, kto mało ryzykuje, za to wiele powoduje. To jego zobaczycie w wielu konfliktach, jako ledwo widoczną w drugim planie postać, która skanduje, że „trzeba z tym zrobić porządek” i: „sami sobie byli winni”.
 
Zazwyczaj skaza na charakterze, manifestująca się małostkowością, pamiętliwością i przeraźliwą konsekwencją w zemście za rzeczywiste i urojone zniewagi, to coś, co pozostaje ukryte przed oczami. Nikczemny wzrost, i owszem, niemal regułą, ale przypisywanie temu czynnikowi roli decydującej byłoby uproszczeniem. Tam zazwyczaj tkwi coś głębiej – nienawiść do ludzi in gremio nie bierze się tylko z nikczemnego wzrostu. Wszak wtedy nie mielibyśmy tylu niewysokich poczciwin. Ten wzrost, to raczej katalizator wyzwalający wiele innych kompleksów.
 
Najważniejszy chyba z tych kompleksów, to nad wyraz wybujała ambicja, skonfrontowana z przerażającą wrażliwością na krytykę. I skonfrontowana z rzeczywistymi umiejętnościami.
Może być wiele innych czynników, ale ostatecznie to, co groźne, to to złośliwe, małe ego, które nie cofnie się przed niczym, by nasycić swój kompleks.
Nie cofnie się przed potwarzą. Przed kłamstwem. Przed zwodzeniem maluczkich. Przed napuszczaniem jednych na drugich. Przed niszczeniem, skłócaniem, podburzaniem i wyzwalaniem złych emocji. Nawet przed zaprzeczaniem samemu sobie, byciem chorągiewką na wietrze, ciągłą zmianą nastrojów i poglądów.
To ego czuje się dobrze tylko w centrum rozbudzonego konfliktu, bo tylko wtedy może wywierać zemstę na niedoceniającym je świecie. Ale – jak to samolubne i czułe na własnym punkcie ego – robi to tylko w cieniu silniejszego bully’ego.
Zaprawdę, darujcie mi opis małych złośliwości, podłostek, wysiłków, pracowitych krzątanin, by tylko innym nie dać spokoju, by zatruć życie, by dawać upust wiecznie nienasyconej i pomysłowej jak czort złośliwości…
 
Niemal każdy z nas zna lub pamięta taką osobę. Kto z nas nie zastanawiał się, skąd w takim typie tyle energii, żeby poświęcać mrowie czasu i energii wyłącznie na szkodzenie innym, dręczenie ich małymi, a podłymi złośliwostkami i napuszczanie jednych na drugich?
I nie ma możliwości uczciwej konfrontacji. Szybko można się przekonać, że ta małpia złośliwość i niesamowita przemyślność realizuje się także w braku odpowiedzialności za jakiekolwiek czyny. Okazaliście się za mało dojrzali, by wytrzymać ciągłe opluwanie kulkami z papieru przez rurkę, moczenie zeszytów w torbie, rozmazanie jogurtu na ławce, rozlanie tuszu na telefon? Nie liczcie, że z takim typem załatwicie coś siłą. Schowa się za bully’m. Nie przyjdzie walczyć w uczciwym pojedynku. Stchórzy, przypłaszczy się, chwilowo fałszywie podliże, ucieknie.
A potem swym stałym, pozbawionym honoru i wstydu zwyczajem rozpowie wkoło, że to wyście się bali i nie przyszli, gdy on gotów do konfrontacji przywdziewał bokserskie rękawice…
 
To ten typ, który niezawodnie i bez chwili przerwy czuwa nad tym, by nie przeoczyć u innych żadnej słabostki, którą można by rzucić na publiczny żer. To ten koleś, który, z węchem godnym najlepszego ogara, wywęszy każdą niepewność albo wstydliwą tajemnicę u potencjalnej ofiary, by potem wykorzystywać je w najbardziej wyrafinowane sposoby, nie przejmując się przy tym zanadto, że sam jest nosicielem o wiele większej ilości skaz charakterologicznych, wołających o pomstę do nieba. To ten kolo, na którego możecie niezawodnie liczyć, gdy wszystko już zaczęło się układać dobrze i wystarczy tylko przybić pieczątkę, ale w jego oczach posiadacie zbyt wiele albo nie zasługujecie na święty spokój, albowiem właśnie mu się ubzdurało, że obrażacie go samym faktem istnienia i stanem posiadania. To ten gostek, który zawsze, gdy już tłum się opamięta i zacznie myśleć, nie zapomni rozpalić żagwi na nowo, zakrzyknąwszy: „Winna, niewinna, ale palić jasno się będzie!”
 
A potem, gdy poleje się krew i ludzie zaczną ginąć NAPRAWDĘ (choć niekoniecznie ginąć, wystarczy śmierć cywilna lub udręczenie), zniknie po angielsku, by się objawić po jakimś czasie niewinny niczem lelija. I sam powie, żeby bulle’ego dobić, bo wszak on winien rozpętanego konfliktu.
Poznajecie typa? Dobrze, że dawno skończyliśmy podstawówkę, prawda?
 
No proszę, można napisać tekst bez polityki? Można? A co! :)
 

 | Napisał: | Kategoria: polityka |

Doszła mnie drogą radiową wieść, iż bywszych pilotów nieszczęsnego Tupolewa zbada Instytut Pamięci Narodowej, do trzech pokoleń wstecz. Uszy przecieram i oczy odwoskowuję.
Samo zjawisko jest tak obleśnie oczywiste, że wszelki komentarz jest nachalnym naddatkiem.
 
 
No, ale trudno. Nie chce się czegoś takiego komentować, a trzeba. To jak niechęć do zwrócenia uwagi komuś, by przestał się na ciebie pokładać w autobusie. Nie chce się, ale trzeba.
 
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze ludzie wierzyli w POPIS i różne takie, nastały nam rządy ledwie maskowanej, za to całkiem histerycznej paranoi. Kłócąc się wtedy na forach internetowych z „Jedynymi Prawdziwymi Katolickimi Patriotami” © doprowadzałem tego i owego pislamskiego fundamentalistę do białej gorączki stwierdzeniem, że jak Kaczyński zechce, to z Tuska swego następcę zrobi. Wiem, to gruba przesada. Strategowi z Żoliborza nikt w cynizmie nie dorówna. Aliści nie chodziło o głupie emocje, ale o myśl głębszą. Jeśli raz się jakieś instytucje zepsuje, jeśli się raz zamach na wolności obywatelskie uczyni, jeśli się raz odda uczciwość w pacht „najświętszym celom” i uwierzy w hasła, że cel uświęca środki, a ”Arbeit macht frei”, to odkręcić to potem będzie niesamowicie trudno. Nie w tym drewniany sęk, że sobie PiS stworzył policję polityczną na zamówienie, podsłuchy i areszt wydobywczy. Sęk w tym, że następcy mogą być niezbyt skorzy szybko wyzbywać się takich politycznych zdobyczy. Nie w tymże żywiczny i pachnący Kanadą sęk, że PiS wprowadzi paranoję na salony. Sęk w tym, że ona tam chętnie zostanie, bo człowiek to z zasady i pochodzenia gatunek emocjonalny…
 
Zatem mamy piwo, jakie nam nawarzono. I, drodzy obywatele, napawajmy się tym zjełczałym smakiem! Dobre pięć lat po pislamskiej paranoi u władzy, dobre dwadzieścia lat rozmów o zależności i niezależności prokuratury, dobre kilka lat przedniej rozrywki ludzi cynicznych może, ale zarazem inteligentnych, którzy w pislamie widzą wciąż żywą komedię ludzką, parę lat też po oddzieleniu stanowisk prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości, a oderwać się od raz zasianej paranoi niemalże nie można.
 
Jakie to smutne, że najbardziej prymitywny schemat na temat ludzkich zdolności okazuje się najbardziej trafny… W klasie szkolnej, nieopanowanej przez rozsądną nauczycielkę, zaraz zaprowadzi niepodzielne, a przerażające głupotą rządy najbardziej zdeprawowany ciemniak – byle był bez skrupułów. I takaż jest miara dojrzałości polskiej demokracji i polskiej klasy politycznej?
Co raz się zepsuje w zegarku, to i naprawić trudno. Byłżeby Strateg z Żoliborza zabawny, gdyby tyle nie robił bigosu. Zabawnie patrzeć na populizm, jako na folklor? Możemy się pośmiać z mohera? Zadrwić z głupoty, kpić z taniego populizmu?
 
Owszem, możemy. Tylko, że zaraza pełznie, niczym tężec. Obyśmy nie marli z głupim śmiechem na ustach. Bo rozsądek rozsądkiem, a instytucje państwowe i politycy sumują się, jak tłum, czyli do inteligencji najgłupszego uczestnika.
 
I raz zasiana paranoja musi wydać owoce.
 
I oto, po niemal pięciu latach po niesławnym upadku neoendecji u władzy, po nowym otwarciu i przemieleniu tego kraju przez nowe warunki, katastrofy żywiołowe i rządy PO (nie chcę być aż tak złośliwy, by od razu te czynniki porównywać), jakby nic się nie zmieniło!
 
Paranoja żyje, twarda jest i nieustępliwa, ulegają jej wole, moce, umysły i instytucje!
 
I oto za pieniądze podatnika – a zatem także moje – niekończący się festiwal bezwstydnych tańców na grobach i ekshumacji. To nie jest jeszcze to, co tygryski lubią najbardziej. O nie. Tygryski, a zwłaszcza te Prawdziwe Antykomunistyczne Tygryski Kiedy To Już Bezpieczne, mają prawdziwie tygryskowe cechy. Lubią tropić grzech, nieprawość, sprzedajność, czerwoność, semickość i co tam jeszcze, choć, kierowane zdrowym instynktem, z rzadka wśród swoich tygrysich pasków.
 
I tak jakoś krępująco się składa, że przy wszystkich codziennych bolączkach i problemach egzystencjalnych średniej wielkości raczej biednego kraju, w jakże przepięknych okolicznościach światowego kryzysu, nie przechodzi instytucjom państwowym ochota na ożywcze dawki pobudzającej paranoi.
 
Nie, żebym się czepiał, że kosztują dochodzenia, czy mgła nie helowa i co tam Macierewiczowi z nagła wybuchło, choć wiem, ze „Prawda” jest dla wybranych i trudna do uwierzenia. Nie to, że zapytam głośno, ile kosztuje do tej pory paranoja stosowana tego lub owego Antka czy Romka. Nie to, że Wawel, wstęgi, feretrony, wtapianie fragmentów skrzydła w częstochowski Ołtarz czy – a niechby tam – wybicie żywymi rubinami drogi z Warszawy do Smoleńska za roczne PKB, bo się tego jakiś niespełniony politycznie frustrat będzie domagał, a zabierał zabawki w piaskownicy już w dzieciństwie i wredny z natury, więc a niech tam, niech ma.
 
Tylko, że parę lat mięło, a państwowe instytucje nadal działają w oparach paranoi. Parę lat mięło, a szaleństwo wzrasta. Parę lat minęło, a grunt pod wojnę domową się miesi i rośnie, niczym ciasto na helowym gazie. Parę lat minęło, a nadal wszyscy jesteśmy zakładnikami ciasnych, paranoidalnych móżdżków.
 
I teraz powstaje pytanie: warto być ewolucjonistą? Warto było przyjąć dobrodziejstwo pełzającej paranoi i reformować nadpsutą neoendeckim, pislamskm faszyzmem administrację małymi kroczkami?
 
Pewnie potomność oceni. Ja wiem jednakże, że po paru latach od przestawienia pewnego frustrata z pozycji szalonego demiurga w pozycje mściwego przegranego jest zadziwiająco wiele możliwości, by jego frustracja przybierała formalne, administracyjne, urzędowe, a jakże szalone i paranoiczne, formy.
 
Nie wiem, jak skończy się konfrontacja rozsądku z zawiścią i głupotą. Zatrważająco wiele mamy w historii przykładów, że bywało pod tym względem różnie. Jednakowoż, wbrew „prawdziwym patriotom” mam swoich rodaków i ich wybory przez ostatnie dwadzieścia lat, w głębokim szacunku. I tak sobie myślę: może Polacy nie zasługują na urzędową paranoję?
 
Może ktoś jednak odważy się, wstanie i powie: sprawdzanie pilotów lotu do Smoleńska do trzeciego pokolenia wstecz przez Instytut Pamięci Narodowej to nie jest nawet hańba. To jest żywa kpina z milionów rozsądnych ludzi i ich inteligencji. I to po paru latach od momentu, gdy ci rozsądni ludzie przestali sobie życzyć takich kpin.

 | Napisał: | Kategoria: polityka |

Zawodowcy i amatorzy.

16 kwietnia 2012, 13:04

Z czasów młodości pamiętam igrzyska olimpijskie, na których polska drużyna zdobyła złoty medal w piłce kopanej. Hurra, byliśmy świetni. Te polskie sukcesy przełożyły się na tysiące patriotycznie nastawionych kibiców*, którzy sami „haratali w gałę” gdzie tylko się dało. Niektórym pozostało do dziś, przykładem premier Tusk.
Ktoś mi wtedy wytłumaczył, że ten cały sukces to można o kant d.. złamać, bo zawody olimpijskie to spotkania amatorów, a nasi to przecież zawodowcy. Zacząłem drążyć temat i faktycznie. Nasi najlepsi piłkarze w PRL byli formalnie górnikami, żołnierzami, pracowali na fikcyjnych etatach, a tak naprawdę zawodowo haratali w gałę. Ci z krajów zachodnich, to nie byli ci sami grający w najlepszych klubach, tylko prawdziwi amatorzy (z wyjątkiem tych z innych demoludów). To było tak, jakby peowska drużyna Donalda Tuska stanęła naprzeciw zawodników Arsenalu, Chelsea lub Feyenordu. Jestem przekonany, że piłkarze Tuska wygraliby z naszą narodową reprezentacją (bo to dopiero są amatorzy), ale przeciw zawodowcom byliby bez szans.
A skąd ten cały pomysł pisania o piłce? Impulsem był komentarz Simona, który dość słusznie napisał: „Przepraszam, jeśli się mylę – ale i tak spotkanie dwudziestoletniej demokracji z dwóchsetletnią przebiega w miarę bezboleśnie: o wielu jeszcze rzeczach zapewne nie wiemy…”
Czyli zabawa w politykę to dla nas jeszcze amatorszczyzna, oni tam już są od dawna zawodowcami. Prawda. Jednak jest jeszcze coś – różnica wagi. To tak jak byście chcieli z jednej strony ringu postawić Pudziana, a z drugiej prezesa Kaczyńskiego. Zaraz, zaraz, nie ma co się uśmiechać, to tylko teoria.
USA nie są najstarszą demokracją i w tej mierze to mogą Anglikom najwyżej buty czyścić, nie mówiąc o również bardzo szacownych choć mniejszych krajach – jak Szwecja, Dania, Szwajcaria. A jednak w sprawie drugiej wojny irackiej wydymali tak samo pięknie nas, jak i Anglików oraz Duńczyków. Mają też jednak pozycję Pudziana, a Polska to mały cherlaczek.
Oglądałem ostatnio głośny serial „Firma”. To taki trochę film sensacyjny, trochę kryminalny z elementami sądowymi, ale też nieco political fiction. Uderzyło mnie coś w jednym epizodzie. Otóż w jednym odcinku zostaje zabity młody człowiek, są świadkowie, ale nie ma zwłok. Bohaterowie filmu dochodzą do wniosku, że ów młody człowiek ze względu na swoje powiązania z terrorystami został zabity przez tajne służby. Pojawia się kwestia istnienia listy osób „do zabici”, która zatwierdzona jest przez najwyższe władze, a nawet wręcz przez samego prezydenta.
I tu dywagacja – nie wiem, czy to możliwe i realne. Czy realna jest opcja, że Obama siada w swym gabinecie i dostaje listę powiedzmy dwustu osób uznanych za wrogów USA i podpisuje rozkaz ich zabicia za wszelka cenę. Być może, jak to napisał Simon: „To walenie głową w mur, żeby było etycznie, honorowo, po ludzku. ” jest także moją cechą i dlatego nie bardzo w taką listę wierzę.
Jednak w filmie bohaterowie wierzą. Składają wniosek o ujawnienie tajnych informacji i rozprawa odbywa się w szczególnych warunkach. Sędzia po zapoznaniu się z materiałem sprawy orzeka, że informacje odtajnione być nie mogą, ponieważ „Inter arma silent leges”.
Nie to jest jednak najważniejsze. Bohaterowie nie są zaszokowani tym, że rząd kogoś zabija, tylko tym, że zabija Amerykanina i dzieje się to W USA. Zatem przyznają prawo amerykańskiemu rządowi do zabijania rozmaitych ludzi dla dobra USA, ale poza USA.
Zatem ewentualne torturowanie więźniów, skrytobójcze zamachy, morderstwa są w amerykańskiej tradycji demokratycznej czymś tak oczywistym, jak dla nas Europejczyków chustka do nosa. Zatem nie potrzeba im też jakichś szczególnych warunków, wystarczy wynajęty domek, piwnica lub choćby ziemianka w lesie. Zawodowcy dadzą sobie radę.
W tym wszystkim jest jedna myśl pocieszająca. To nie Amerykanie dokonali „zamachu” w Smoleńsku. Jako zawodowcy nie mogliby dopuścić do takiej fuszerki. Wyłuskaliby samego prezydenta tak, że pozostali pasażerowie przysięgliby, że on wcale nie leciał tym samolotem. A potem przesłuchiwaliby go w jakichś tam Kiejkutach.
Jak już więcej nic nie napiszę, to będziecie wiedzieć dlaczego. Pa.

* Nie mylić z dzisiejszymi naziolami na stadionach.

 | Napisał: | Kategoria: polityka |

Sequel

28 marca 2012, 14:32

Kochamy sequele. Van Damme znowu pokona zło, Chuck Norris przerobi na hamburgery kolejną grupę złoczyńców, a Steven Seagal zmęczonym głosem eunucha powie co myśli o międzynarodowych terrorystach. Wszystko skończy się dobrze, a na dodatek w trakcie możemy wyskoczyć po chipsy do kuchni lub zaparzyć sobie herbatkę.
Niestety nie da się kręcić sequeli komedii romantycznych. Ponieważ każde dziecko wie, że po tych wszystkich przeszkodach, które zakochani muszą pokonać, aby usłyszeć Marsz Mendelssohna, dalej jest już tylko: „żyli długo i nieszczęśliwie”. A tego nikt już nie chce oglądać.
Sequele w polityce rządzą się innymi prawami. Widzowie zażyczyli sobie kilka lat temu dalszej części „O dwóch takich, co ukradli księżyc”, w trakcie seansu zmienili zdanie i powiedzieli nigdy więcej. Aktorzy jednak nie przyjęli tego do wiadomości, co – jak powszechnie wiadomo – zakończyło się fatalnie. Happy endu nie było.
Potem zaś wyborcy doszli do wniosku, że oczekują dalszej części spektaklu pod tytułem „Jak Tusk niszczył patriotów, religię i naród”, choć przedstawienie było dość nudne i niemało kosztowało. Gusty publiczności politycznej są zatem dziwne.
Dziś Janusz Palikot rozpoczął realizację sequelu, który niegdyś reżyserował Andrzej Lepper pod tytułem „Talibowie w Klewkach”. Zdecydowanie ten pomysł mi się nie podoba.
Jest wiele powodów by winić naszych polityków za wiele wydarzeń w najnowszej historii Polski. Zaczynając od najważniejszej sprawy – czyli emerytur. Za to, że kolejne rządy odkładały sprawę likwidacji przywilejów i reform emerytalnych, można winić polityków już od lat dziewięćdziesiątych. Można spierać się, czy należy ciągnąć winnych przed Trybunał Stanu. Należy też dostrzec przeszkody obiektywne – brak odpowiedniej większości w parlamencie, rozdrobnienie partyjne, populizm.
Dziś Janusz Palikot cieszy się z wrzawy wokół naszego udziału w wojnach irackiej i afgańskiej oraz więzień CIA. Jak zrobi tę wrzawę jeszcze większą, to może ją usłyszą talibowie.
Dziś większość z nas wie, że po zamachach 11 września 2001 należało zachować dużo większy dystans do amerykańskich planów. Ale amerykańskie oszustwa propagandowe wyszły na jaw dużo później. Polska została wykorzystana jako wiarygodny sojusznik, który nie ma na swoim koncie imperialistycznych ciągot. W jakimś sensie dobrze legitymizowaliśmy wojnę w Iraku, podobnie zresztą jak Dania lub Holandia. Liczyliśmy też na korzyści, nie da się ukryć. Dozbrojenie naszej armii, ewentualne kontrakty dla polskich firm po zakończonej wojnie w Iraku. Dziś po latach, można powiedzieć, że udział w tych interwencjach był błędem. Jednak agresywny atak na Leszka Millera za wysłanie polskich wojsk do Iraku, przy pomijaniu roli Aleksandra Kwaśniewskiego, wskazuje, że to tylko kolejna zagrywka medialna. Kwaśniewski może się jeszcze przydać jako polityk z dobrą opinią, który w przyszłości może namaścić nowego Palikota jako „nadzieję lewicy polskiej”. Zaś „stary komuch” Miller jest jedynie politycznym konkurentem w bieżącej walce politycznej. Na dodatek Palikot wie, że Miller jest przeciwnikiem realnym i groźnym, a Kwaśniewski nie zamierza już brać się za prawdziwą politykę.
Dziś wiemy, że Polska faktycznie udostępniła lotnisko i jakieś budynki na nim amerykańskim sojusznikom. To być może również było błędem, ale trudno to było wiedzieć dziesięć lat temu. Ewentualne przetrzymywanie więźniów przez Amerykanów na terenie Polski jest w tej sytuacji również problemem USA, a nie naszym. Ambasady są również eksterytorialne i nie mamy możliwości skontrolować, czym zajmuje się ekspozytura CIA w Warszawie. Choć nie wiadomo, czy lada moment Palikot nie oskarży Tuska o to, że nie podejmuje działań przeciw tajnym służbom USA.
Gdy Janusz Palikot broni praw człowieka w odniesieniu do arabskich terrorystów, ktoś powinien go zapytać o prawa polskiego geologa Piotra Stańczaka, który został porwany przez fanatyków i zamordowany w 2009 roku.

 | Napisał: | Kategoria: polityka |

Nie wie prawica co czyni prawica

25 marca 2012, 13:11

Niestety, w ostatnich dniach niewiele się działo. Jedynym elektryzującym faktem było awaryjne lądowania awionetki na lotnisku w Modlinie, ale ku rozpaczy telewizyjnych kreatorów rzeczywistości, awionetka wylądowała bez problemu, na dodatek nie wpuszczono kamer tuż pod koła nadlatującego samolotu. Nie udało się też odgrzać kotleta w postaci sensacyjnej sprawy znanej pod nazwą „mamamadzi”. Nikogo już nie obchodzi, czy ta pani zabiła swoje dziecko mniej, czy bardziej celowo. Nawet kwadratowy łeb Rutkowskiego już się znudził widzom.
W tej sytuacji jedynym newsem do rozegrania był kongres partii, która nazwała się „Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry”. Jednak to nie dziennikarze dobrze rozegrali tę wiadomość, wyręczył ich Jarosław Kaczyński, który publicznie wydymał Marka Jurka na kanapie, na której zwykle się mieści malutka partyjka tego ostatniego. Przyznam tu rację Jackowi Kurskiemu, który – jak wiemy – jest solidarny z Ziobrą. Ten apel Kaczyńskiego o zjednoczenie prawicy i zjednoczenie się z kompletnie nieważnym Markiem Jurkiem, to miała być akcja służąca zmniejszeniu się zainteresowania kongresem nowej partii prawicowej.
Kongres ten jednak nie ma żadnego znaczenia, więc i akcja Kaczyńskiego również. Charakterystyczne natomiast jest, że właściwie nie wiadomo, do kogo skierowane jest jego wezwanie. Bowiem na pewno nie do renegatów z PJN. Z całą pewnością pan prezes nie chce też mieć w swoich szeregach zdrajcy Kurskiego, ani Ziobry. Apel o zjednoczenie prawicy zawisł w próżni niczym miecz Damoklesa nad szyją Kaczyńskiego. Pozbawiony jest sensu, bo niczego nie jednoczy, ale wyznacza zasady posłuszeństwa wobec prezesa. Brzmi jak nieudolna parodia z czasów Gomułki i PZPR.
Cokolwiek bierze Jarosław Zbawca Polski, to ma po tym niezłe odloty. Kompletnie – jak widać – nie rozumie, że ponieważ tylu już ludzi wyrzucił z partii za urojone zdrady, nikt już nie wróci na jego wezwanie. Łaska pańska bowiem jeździ na wyjątkowo pstrym koniu.
Na drugiej szalce prawicowej wagi tłoczą się wszyscy odszczepieńcy, którzy również nie mogą pochwalić się instynktem politycznym. „Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry” to jeszcze głupsza nazwa niż „Ruch Palikota”. Nazwa jest długa, a wstawienie nazwiska automatycznie ogranicza inne indywidualności – jak choćby Kurskiego. W przypadku Palikota miało to pewien sens – tylko on był rozpoznawalny i miał medialny talent. Ziobro ma talent jak słoń w składzie porcelany, jest bezbarwny i nijaki. Nic mu nawet nie pomogło małżeństwo z Pati Koti i sprzedawanie newsów na ten temat tabloidom. Dużo bardziej medialny jest Kurski i on lepiej nadawałby się na logo nowej partii. Byłby to na przykład sympatyczny wizerunek mordy buldoga.
Tak naprawdę raczej mamy do czynienia z powolnym rozpadem tzw. prawicy, niż ze zjednoczeniem. Co prawda notowania PiS rosną (a raczej to notowania PO spadają) i niektórym się wydaje, że prawica ma jakąś szansę.Roman Giertych nawet wydał książkę pod złowróżbnym tytułem „Kaczyński wróci” tak, jakby Kaczyński gdzieś poszedł.
Prezes jednak nigdzie nie odszedł i tkwi wciąż na swoim socjalistycznym, narodowym i katolickim posterunku, coraz bardziej odizolowany, oderwany od rzeczywistości i zatopiony w snach o potędze. Marquez mógłby o nim napisać sequel „Jesieni patriarchy”, choć bardziej pasowałby tytuł innej jego powieści – „Sto lat samotności”, ale tylko tytuł.
Jarosław Kaczyński wciąż na posterunku, coraz bardziej wyobcowany, cyniczny i zgorzkniały, coraz bardziej przekonany o swej wielkiej misji, dla której ma prawo poświęcić wszystko i wszystkich.

 | Napisał: | Kategoria: polityka |